ksiega gosci

2006
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad


 
epilog

Powrót do polskiej rzeczywistości nie był trudny.

Chociaż, trzeba przyznać, trochę brutalny. Praca chwyciła mnie w swoje szpony szybciej niż się spodziewałem. Krawat sam zacisnął się na szyi, tworząc nieznośną pętlę. Tylko dłoń mocno tęskni do maczety...

Ale kto nie pracuje ten nie je. Bez pracy nie ma kołaczy. Nie ma jak staropolska mądrość...

Tak czy owak, wyboru nie mam. Za niezobowiązujące włóczenie się po świecie trzeba czymś zapłacić. Np kompromisem. He, he, byle by nie był zbyt duży.

Pocieszające jest to, że praca jest czasowa, co oznacza, że około maja znowu gdzieś pojadę (jeżeli nic mi nie przeszkodzi, oczywiście). Tym razem niestety krócej, na jakieś 5-6 m-cy. Ale jak sie nie ma co się lubi...

Muszę tylko wymyślić jakieś nieturystyczne i dzikie miejsce. Ale czy takie jeszcze na świecie istnieją? Po Kongu nie będzie to chyba takie proste.

afryka 2006-11-19 15:01:16
skomentuj (14)
koniec

W Brazzaville caly dzien pada.

Czas wracac. Za kilkanascie godzin wsiade w taksowke i pojade na lotnisko. Potem Paryz, Kopenhaga i Wawa.

Dzieki za listy i komentarze. Do zobaczenia w Wawie i Toruniu.

To juz chyba koniec.

afryka 2006-10-29 14:37:14
skomentuj (7)
aneks kulinarny

W zwiazku z pytaniem, ktore pojawilo sie jakis czas temu, postanowilem dodac krotki aneks kulinarny.

Co jadlem? Wszystko. Z 2 powodow.

Pierwszy to glebokie przekonanie, ze jedzenie tego samego, co ludnosc lokalna pozwala lepiej poznac ich kulture. Nie jest tez mozliwe uczestniczenie w zyciu mieszkancow, bez dzielenia z nimi posilkow.

Drugi powod jest bardziej prozaiczny. Podczas podrozy po tych dzikszych zakatkach Afryki, zazwyczaj nie mialem zbyt duzego wyboru.

Wsrod ciekawszych posilkow, ktore jadlem podczas podrozy byly m.in.:
- pieczone larwy
- prazone termity
- krokodyle, kajmany (jedzac krokodyla przed rozpoczeciem podrozy piroga po rzece Sangha zastanawialem sie, lekko rozbawiony, czy za kilka dni sytuacja sie nie odwroci)
- slon
- malpy
- weze
- pancerniki
- jezozwierze
- zolwie
- antylopy

Z ekologicznego punktu widzenia, jedzenie dziczyzny, w szczegolnosci gatunkow pod ochrona (jak np slon) jest troche problematyczne. Prawda jest taka, ze z reguly nie ma sie wyboru.

Trzeba przyznac, ze nie wszystkie posilki byly latwe. Wydawalo mi sie niezbyt grzecznym odmowic, gdy przed nosem wyladowala mi ogromna miska wypelniona wylacznie tlusta skora z resztkami wlosia, tluszczem i chrzastkami. Przy odrobinie wysilku mozna przekonac samego siebie, ze jest to nasze ulubione danie, i ze o niczym innym nie marzylismy.

Istotnym problemem jest rowniez higiena przechowywania zywnosci oraz przygotowywania i spozywania posilkow.
Ale do miesa czarnego od much mozna sie przyzwyczaic, a jedzac rekami posilek ze wspolnej misy nalezy miec nadzieje, ze pozostali uczestnicy posilku nie nosza zbyt duzo chorob. Zreszta dosyc szybko przestaje sie o takich rzeczach myslec.

Warto jednak, w niektorych przypadkach, zachowac odrobine ostroznosci. Jesli mamy wybor, lepiej powstrzymac sie od jedzenia miesa malp, szympansow i goryli niewiadomego pochodzenia. Nierzadko zdarza sie, ze mieszkancy jedza miesa znalezionego w lesie, martwego goryla. Efekt to dosyc czeste wybuchy epidemi nieprzyjemnych chorob, glownie goraczek krwotocznych Ebola i Marburg.

afryka 2006-10-29 13:40:30
skomentuj (4)
aneks cd

Aneks zawiera kilka rzeczy, o ktorych wczesniej zapomnialem napisac.

Poniewaz staram sie, zeby opis rzeczywistosci podrozy po Afryce byl uczciwy (chociaz zawsze pozostanie subiektywny), postanowilem na koniec zrobic krotka liste, ktora moze wczesniejsze opisy troche uzupelni.

Nie napisalem wczesniej miedzy innymi o:

* malari

* 2 wypadkach motocyklowych (jako pasazer "taxi-moto")

* durze brzusznym (tyfus) - 2 razy

* pasozytach w zolodku (ameba i inne) - kilka razy

* innych problemach z zoladkiem - co jakis czas, szczegolnie jezeli nie zwracalem uwagi jaka wode pije (zdarzalo mi sie pic wode, ktorej lokalni mieszkancy uzywaja tylko do pojenia bydla)

* kilku (nieudanych) probach kradziezy

* kilku (nieudanych) probach wymuszenia

* innych rzeczach, o ktorych, rowniez teraz, nie napisze.

afryka 2006-10-26 22:39:19
skomentuj (3)
aneks

Bamako, Mali. Senne popoludnie. Siedze w barze i powoli sacze zimne piwo. Goraco. Termometr wskazuje ciagle 40 stopni. To temperatura otoczenia. Takze mojego ciala. Pomimo goraczki nie czuje sie zle. To znaczy nie czulem, bo wlasnie mam dziwne zawroty glowy. Chyba trzeba wracac, mysle. Niepewnym krokiem docieram do misji katolickiej (popularnego wsrod podroznikow miejsca noclegowego w Bamako). Wchodze na zwirowy dziedziniec.

Otwieram oczy. Lekko zdziwiony ogladam zwir z bliska. Z bardzo bliska. Podnosze sie z niejakim trudem. Zauwazam pytajace spojrzenia kilku gosci misji. - Palu (franc. malaria) rzucam z lekka zachrypnietym glosem i kieruje sie w strone dormitorium. Szukam klucza.

Otwieram oczy. Teraz z bliska ogladam betonowa posadzke i dolna krawedz drzwi. No tak, jeszcze sobie leb rozwale, mysle podnoszac sie ponownie. Udaje mi sie otworzyc drzwi i rzucic sie na lozko.

afryka 2006-10-26 22:15:23
skomentuj (1)
ciezki weekend

Ten weekend zapowiada sie wyjatkowo ciezko. Grafik wypelniony imprezami pozegnalnymi a znajomi z Brazza kupili juz barana na moje pozegnanie. To milo z ich strony...

afryka 2006-10-26 21:59:29
skomentuj (0)
powrot do Brazza

Po powrocie do Mbala, dowiedzialem sie, ze statek, ktory mial plynac w dol rzeki jeszcze nie ma programu, a barka tez utknela gdzies na mieliznie.

Kupilem wiec za male pieniadze piroge, zapakowalem niewielki dobytek (caly bagaz zostal w Brazza) i przed wschodem slonca z pagajem w garsci mknalem na poludnie. Tym razem piroga byla tradycyjna, z pnia drzewa. Troche przycisnalem pagaja i pomimo slonca, ktorego zadna milosierna chmura nie chciala przyslonic, w dwa dni przeplynalem 170 km i dotarlem do Mossaka. Ostatnio ten dystans zajal mi 4 dni.

Ostatni odcinek dal mi troche w kosc. Zdecydowalem sie poplynac niewielkim skrotem, przez kanal ktory pozwala zaoszczedzic kilka kilometrow. Niestety zaszlo juz slonce i zrobilo sie ciemno.

Skrot to raczej siec kanalikow wiodacych przez zalane laki. A laki zamieszkane sa przez... moskity. I to naprawde byla najwieksza ilosc moskitow, jaka bylo mi dane dotychczas spotkac. Wioslujac jak opetany, z trudem znajdujac droge w ciemnosciach pedzilem goniony przerazliwym rykiem goniacych mnie tysiecy moskitow. Nie moglem pozwolic sobie na zastanawianie sie nad wyborem prawidlowej drogi (ktora zreszta niezbyt dobrze pamietalem). Jednoczesnie mialem swiadomosc, ze jezeli sie zgubie, rano zostana ze mnie juz tylko ogryzione do czysta kosci.

Wiec wioslowalem, jakbym byl w ekipie Cambridge, co chwile scierajac z szyi, twarzy i nog dziesiatki, napecznialych jak dojrzale winogrona, moskitow.

Udalo sie. Poczulem prawdziwa ulge gdy zobaczylem dalekie swiatla Mossaki i uslyszalem plynaca stamtad muzyke.

W Mossaka zmuszony bylem spedzic kilka dni czekajac na jakis transport do Oyo. W koncu znalazlem piroge z silnikiem, ktora plynela w tamtym kierunku. Potem jeszcze okazja - samochod terenowy, bus i w sobote znalazlem sie znowu w Brazzaville.

afryka 2006-10-26 14:51:55
skomentuj (0)
wyprawa do lasu

No i wreszcie dlugo oczekiwana chwila - wyruszamy na zachod. 2 pirogi wydrazone w pniu drzewa, zaladowane okolo 100 kg bagazu. Najwiecej wazy jedzenie - maniok, fou-fou (kuskus z manioku), troche ryzu. Do tego "przedmioty rozmaite" czyli siekiera, maczety, moskitiery, plandeka z ONZ-towskiego programu pomocy uchodzcom, garnki, karabin mysliwski na slonie, kalasznikow, lekarstwa przeciwko malarii, biegunce itd.

Wszystko to, podzielone na 3, ponad 30 kg czesci i zapakowane w wiklinowe "plecaki".

Jeszcze przed wyruszeniem, mysliwi marudza, ze pora deszczowa w pelni. I, ze w tym roku pada wiecej niz zazwyczaj. Rzeczywiscie, poziom Sanghi jest duzo wyzszy niz podczas mojego ostatniego pobytu w Mbala.

Nasze rozmowy dotycza glownie szans na dotarcie do rzeki Likouala Mossaka. Wiemy, ze tereny, przez ktore zamierzamy przejsc, to glownie bagna i tereny zalewowe. A im dalej w kierunku Likouala Mossaka tym gorzej.

Ostatecznie zgadzamy sie, ze zrobimy co sie da, to znaczy bedziemy szli dopoki da sie isc. A jak sie nie da isc, to zbudujemy tratwe i bedziemy plynac (albo przynajmniej transportowac na niej bagaze). A jak nie da sie ani isc ani plynac, to wrocimy.

Zatem wyruszylismy. Poczatkowy etap pokonalismy w pirogach, zaglebiajac sie w las jednym z niewielkich doplywow Sanghi. Potem zarzucilismy wiklinowe plecaki na plecy, bron na ramie i rozpoczelo sie mozolne przedzieranie przez bagniste tereny. Prosto na zachod. Tu konczyly sie juz tereny uczeszczane przez mysliwych. Dalej nikt sie nie zapuszcza - to krolestwo sloni, goryli, malp i panter.

Mysliwi tez nie byli pewni co mozemy tam spotkac. Z tego tez powodu pojawil sie w naszym zestawie broni kalasznikow, ktory przypadl mi w udziale. "Bo to bron bialych" jak stwierdzil jeden z mysliwych.

Marsz na bagnistych terenach lasu rownikowego z ponad 30 kg bagazem na plecach, kilkukilogramowa bronia na ramieniu i maczeta w reku nie jest wcale taki latwy. Z reguly woda i bloto nie byly glebsze niz do kolan. Ale najbardziej wyczerpujace bylo wygrzebywanie sie z grzezawisk w ktore zdarzalo sie zanurzyc po pas lub glebiej, a dna jeszcze nie bylo widac. Wtedy mozna bylo odczuc, ze wiklinowy plecak troche wazy.

Ze wzgledu na podmokly teren, gaszcz drzew, lian i paproci przez ktore trzeba bylo wyciac droge oraz ciezar bagazu, ktory dzwigalismy, dziennie udawalo nam sie pokonac od 3 do okolo 8 km. Czesto marsz uniemozliwial, padajacy teraz juz codziennie deszcz. Znalezienie miejsca na nocleg bylo problematyczne. Trzeba bylo zadowolic sie odrobine suchszym skrawkiem przestrzeni, na ktorym z trudem udawalo nam sie we trojke pomiescic. Wycinalismy rosnace tam krzaki, mlode drzewka i korzenie a na bloto rzucalismy sciete liscie. Na liscie kladlismy plastikowa folie, rozpinalismy moskitiery, nad glowa plandeke i nocleg gotowy.

Przez 3 pierwsze dni zywilismy sie kilkunastokilogramowa ryba, ktora jeden z mysliwych upolowal oszczepem na poczatku podrozy. Potem upolowalismy dzika swinie, ktora jedlismy juz do konca wyprawy. Pomimo wedzenia, mieso dosyc szybko przybralo twarzowy, zielonkawy odcien, co przyczynilo sie niewatpliwie do problemow zoladkowych, ktore zaczely meczyc mysliwych.

7 dnia, okolo poludnia, mysliwi zdecydowali, ze jest zbyt trudno, ze za duzo wody i trzeba wracac. Probowalem przekonac ich do kontynuowania marszu jeszcze przez 3-4 dni, ale mi sie nie udalo.

Poniewaz droge mielismy juz wycieta a bagazu w formie jedzenia ubylo, powrot byl duzo szybszy. Ale dosyc meczacy. Teraz tez i ja zaczalem odczuwac skutki spozywania mocno nieswiezego juz miesa. Poza tym atmosfera po grzecznej, acz nie do konca przyjacielskiej wymianie zdan, ktora miala miejsce po ogloszeniu powrotu, stala sie lekko napieta.

Nie udalo nam sie zrealizowac planow dojscia do rzeki Likouala Mossaka. Pokonalismy okolo 60 km (szacunkowo, z braku urzadzen pozwalajacych to dokladnie zmierzyc). Stanowi to jakies 2/3 przewidywanego dystansu do Likouala Mossaka. Mielismy okazje chodzic po terenach, ktore, najprawdopodobniej, nie widzialy nigdy ludzkiej stopy.

A cel? No coz, nie cel sie liczy, ale podroz.

afryka 2006-10-26 14:07:33
skomentuj (0)
Brazza - Mossaka - Mbala

Troche w skrocie.
Po ostatnim, 3 tygodniowym czekaniu w Brazzaville, zaladowalem sie na statek towarowy. Znowu rzeka Kongo, potem Sangha. Podroz statkiem, zamiast przewidywanych 6 dni trwala dni 12.

Po przybyciu do osady Mbala kilka dni wypelnilem sobie nuda. Potem razem z 2 znajomymi mysliwymi poszlismy na 6 dniowe polowanie, glownie na bagnach, na wschod od rzeki Sangha.

Powrot do Mbala, kilka dni w czasie ktorych osuszylem wioskowy zapas toco, troche pracy na poletkach manioku. I znowu do lasu, tym razem na 2 dni.

Potem szybkie przygotowania do wyprawy na zachod.


afryka 2006-10-26 12:19:58
skomentuj (0)
kategoria: zagadki

Kto sprawia, ze tanczy nawet krol?

Odpowiedz: mrowki magnon


- zagadka kongijska -



(na jednym ze zdjec mrowki magnon przekraczaja rzeke)

afryka 2006-10-25 14:50:17
skomentuj (0)
zdjecia

pojawilo sie kilka nowych zdjec

afryka 2006-10-25 14:46:31
skomentuj (0)
przyklady

To tylko wybrane chwile z ostatnich 2 tygodni. Subiektywne? Na pewno. Ale wlasnie takie chwile sprawiaja, ze nie mam ochoty wracac za biurko i do krawata pod szyja.

afryka 2006-10-24 14:49:01
skomentuj (0)
przyklad 2

Stoisz po szyje w chlodnej wodzie. Nad glowa masz parasol z gwiazd. Po drugiej stronie brzegu widzisz ledwo zarysowana sciane lasu. Dochodzi 23 a ty mydlisz glowe. Mydlo niemilosiernie szczypie w oczy. Z niewiadomych przyczyn sprawia Ci to dzika radosc. No dobra, przyczyn mozna sie domyslac. Przez caly wieczor konsumowales z szefem wioski wodke z kukurydzy, wiec jestes lekko zawiany. Masz za soba dzien spedzony na wioslowaniu w rownikowym sloncu w pirodze wydrazonej z pnia drzewa. Jak zawsze myslisz, ze wieczorna kapiel to naprawde przyjemna sprawa. Nie psuje tego nawet mysl o plywajacych gdzies tam w glebi krokodylach i zarlocznych 1,5 m. rybach, ktorych ugryzienia pozostawiaja nieciekawe, kilkunastocentymetrowe blizny.
Za chwile wrocisz do glinianej chaty szefa wioski, ktory przygotowal Ci juz poslanie na bambusowej macie. Zasniesz szybko, snem bez marzen. Jutro znowu caly dzien wioslowania...

afryka 2006-10-24 14:43:06
skomentuj (1)
przyklad 1

Jesz wlasnorecznie upolowana malpe, przegryzasz maniokiem. Blask ogniska rozswietla ciemnosci rownikowej dzungli. Las gada glosami cykad, zab, pohukuje glosem sowy, krzyknie przelatujacym nietoperzem. Za chwile skonczysz posilek, popijesz czarna woda z otaczajacych bagien. Zapalisz papierosa, ktorego smak zepsuja Ci moskity natretnie brzeczace przy uchu i gryzace w kazdy odsloniety kawalek ciala. Potem, zmeczony 10 godzinnym przedzieraniem sie przez las, w wodzie i blocie do kolan, czasami do pasa, zrzucisz przemokniete ubranie i bulgocace blotem buty. Poprawisz jeszcze drewno w ognisku i wczolgasz sie pod moskitiere. Zanim zasniesz wsluchasz sie z szeroko otwartymi oczami w odglosy lasu i oddechy spiacych mysliwych.

W nocy wielokrotnie uniesiesz glowe wsluchujac sie w las i probujac wylowic z wielu dzwiekow ten, ktory cie obudzil. Czasami bedzie to krzyk pantery, czasami wolanie goryla. Najczesciej bedzie to cicha rozmowa mysliwych w niezrozumialym dla Ciebie jezyku. O czym rozmawiaja? Pewnie o tym czego twoje biale ucho nie jest w stanie wylowic z naplywajacych odglosow. Ponownie przymkniesz oczy.

afryka 2006-10-24 14:23:17
skomentuj (0)
bez zony

No wlasnie. Wspomnialem o tym, bo to w Afryce dosyc wazne. Wiekszosc z moich znajomych (mniej wiecej w moim wieku) ma kilka zon lub przynajmniej jedna zone i kilka kochanek. No dobra, niektorzy maja tylko kilka kochanek. Ale wszyscy maja dzieci. Z zona, z zona i kochanka, albo tylko z kochanka.

A pytanie czy jestem zonaty nalezy do kategorii "najczesciej zadawane pytania". I z reguly pojawia sie po 10 sekundach znajomosci. Czasami wczesniej...

afryka 2006-10-24 11:53:31
skomentuj (0)
kategoria: najczesciej zadawane pytania

Jednym z najczesciej zadawanych w Afryce jest pytanie, ile zarobie na mojej podrozy. Za ile sprzedam zdjecia, albo ile placi mi polski rzad.

Wlasnie, dlaczego Pan Premier mi nie placi?

I nikt nie chce mi uwierzyc, ze w Afryce, to tylko wydaje. A teraz to wydaje nawet juz nie swoje.

No tak, po powrocie do Polski bede bezrobotny, bez zony, bez domu, bez pieniedzy ale za to z dlugami.

Who cares... Zycie jest slodkie.


afryka 2006-10-24 11:07:33
skomentuj (2)
no tak

No tak, jak widac jestem znowu w Brazza.

Pewnie minie toche czasu zanim sie zmobilizuje i napisze o ostatnim 1,5 miesiacu.

Zatem na razie popisze glupoty. Musze cos napisac bo znowu ktos powie, ze jestem len...
... a nie wszyscy musza to wiedziec.

afryka 2006-10-21 20:31:23
skomentuj (2)
kategoria: ulubiony cytat

Okolo 80 procent zarobionych pieniedzy wydaje na kobiety i alkohol. Pozostala czesc, wstyd sie przyznac, trwonie.

Gen. Wieniawa-Dlugoszewski


afryka 2006-10-21 14:46:19
skomentuj (4)
las

Tak jak juz wczesniej pisalem, zmienilem troche plany. Nie pojade dalej na poludnie. Przynajmniej nie tym razem.

Postanowilem zrealizowac pomysl, ktory przyszedl mi do glowy juz w trakcie polowania na bagnach.

W Kongu, na wysokosci rownika, rozciagaja sie setki kilometrow lasu deszczowego. Las jest przeciety wieloma rzekami i rzeczkami. Po jedniej z nich juz podrozowalem - to Sangha. Duza czesc lasu jest zupelnie niezamieszkana.

Od mysliwego, z ktorym wloczylem sie po lesie, uslyszalem, ze za jego pamieci, a takze za pamieci jego rodzicow nikt nie przeszedl lasu pomiedzy rzekami Sangha i Likoula-Mossaka.

Nikt? No to trzeba to w koncu zrobic.

Przejscie tej, nie zamieszkanej czesci lasu, wedlug wstepnych szacunkow zajmie nam okolo 3 tygodni. Nam, bo ide z mysliwym z ktorym polowalem kilka tygodni temu. Plus tydzien na dojazd i ze 2 tygodnie na powrot do Brazzaville.

Czyli przez jakies 1,5 miesiaca nie bede sie odzywal.

afryka 2006-09-07 20:47:34
skomentuj (1)
czy warto umrzec za marzenia

warto



/dla Kingi Choszcz/



afryka 2006-09-03 10:05:18
skomentuj (1)
afrykanska rzeczywistosc

Afrykanska rzeczywistosc jest inna. Dziwne jest to, ze ta innosc nie zdumiewa. Nie zaskakuje.

Moze dlatego, ze ta innosc jest w Afryce... i ze dziwnie tutaj pasuje. Jest naturalna. Czasami przerazajaco naturalna.

Jak martwe, 5-6 letnie dziecko dryfujace z nurtem Kongo. Cialo, ktore nie wzbudzilo zamiesznia. Tylko kila komentarzy. A statek plynal dalej. I wszystko to bylo tak naturalne.

Martwe dziecko po prostu pasowalo do krajobrazu.


afryka 2006-08-31 15:36:21
skomentuj (1)
Sangha - podsumowanie

Potem bylo lzej. Z reguly zatrzymywalem sie w osadach (czasami jedna, czasami kilka chat).

W jednej z osad spotkalem mysliwego, z ktorym spedzilem potem 4 dni na polowaniu na bagnach.

A potem dotarlem do celu - do Mossaki, lezacej u ujscia Sanghi do rzeki Kongo. Cala podroz piroga trwala okolo 2 tygodni, plus 4 dni polowania.

Podsumowujac, czasami bylo ciezko (przynajmniej subiektywnie) ale podroz na rzece Sangha, to jedno z najciekawszych doswiadczen podczas mojego pobytu w Afryce.

afryka 2006-08-30 19:40:11
skomentuj (0)
Sangha - noc 3

Trzeciego dnia, po poprzednich dwoch nieprzespanych nocach, czulem sie juz troche zmeczony. Kilka razy obudzilem sie w krzakach.

W dodatku zaczela mi puchnac prawa polowa twarzy. Sam zaczalem wygladac jak hipopotam.

Na noc znowu zatrzymalem sie w lesie (tym razem na wyspie). Mialem w glowie gotowy projekt aranzacji wnetrza. Czyli jak przymocowac moskitiere, zeby moskity sie w koncu ode mnie odczepily.

Po jakiejs godzinie pracy ulozylem sie do snu. Nie na dlugo. Znowu bylo zle. Okolo polnocy postanowilem, ze dluzej tak byc nie moze. Wzialem maczete i poszedlem do lasu poscinac galezie na konstrukcje, ktora miala mi zapewnic spokojny sen. Praca trwala do 2 w nocy.

Przed snem spojrzalem jeszcze w lusterko. Nie wygladalo to najlepiej. Infekcja sie rozwijala. Wbilem igle w brode, zalalem rane spirytusem, lyknalem jakis antybiotyk i poszedlem spac.

Tym razem spalem spokojnie.

afryka 2006-08-30 19:34:44
skomentuj (0)
Sangha - noc 2

Druga noc znowu w lesie. Zacumowalem przy brzegu, ale na glebokiej wodzie. Sciemnialo sie, wiec nie mialem za duzo czasu, zeby poszukac odpowiedniejszego miejsca.

Zjadlem resztki spagetti z sardynkami z puszki, ktore pozostaly z porannego posilku.

Madrzejszy o doswiadczenia poprzedniej nocy, zdecydowalem sie poswiecic moskitiere. Z latarka na glowie (dzieki Krzychu), znowu lezac mokry od potu i gryziony przez moskity probowalem jakos zamontowac moskitiere. Co nie bylo latwe, zwazywszy na znikoma ilosc przestrzeni.

W koncu, zadowolony sam z siebie, ulozylem sie do snu. Okazalo sie, ze moja radosc byla przedwczesna. Pomimo moich wysilkow, moskitiera dotykala ciala. Co umozliwialo moskitom spokojny posilek.

Niedlugo po polnocy, przestalem myslec o moskitach. Przestalem o nich myslec z powodu hipopotama, ktory zaczal przechadzac sie rzeka, w poblizu mojej pirogi, pokrzykujac hhhhh, uhu hu hu hu... (jak to maja w zwyczaju robic hipopotamy). Moze wydawac sie to smieszne, ale do smiechu mi wtedy nie bylo. Przez glowe przechodzily mi rozmaite scenariusze. Przypomnialem sobie statysyki, wedlug ktorych hipopotam jest na 1 miejscu jezeli chodzi o wypadki smiertelne wsrod turystow. Bo to takie sympatyczne zwierze... Co zatem robic?

Jak odkryje moja obecnosc w pirodze, to mnie zaatakuje? Hipopotamy z reguly sa spokojne, ale zdarzaja sie ataki, jezeli ktos podejdzie zbyt blisko. A ja chyba bylem zbyt blisko. Wiec co, czekac? Bez ruchu? W reku sciskalem noz. I nagle zaczalem sie smiac. Wyobrazilem sobie zdziwienie 2 tonowego hipopotama na widok mnie wyskakujacego z nozem w reku...

Okolo 3 w nocy, postanowilem dzialac. W momencie, kiedy wydawalo mi sie, ze hipopotam sie oddalil, wygrzebalem sie z "hangaru" co zajelo mi troche czasu i bylo dosyc halasliwe. Wyskoczylem na brzeg i rozniecilem, wygasle juz dawno ognisko.

No i tak, z maczeta w reku, przeczekalem do rana.

afryka 2006-08-30 19:08:19
skomentuj (2)
Sangha - noc 1

Pierwszej nocy zatrzymalem sie gdzies w lesie. Rozpalilem ognisko, zrobilem sobie spagetti z sardynkami z puszki. Na rowniku ciemno robi sie okolo 18.30, wiec o 20 bylem juz w pirodze, gotowy do spania.

I wtedy sie zaczelo. Moskity w Afryce sa niemal wszedzie. Czasami jest ich wiecej, czasami bzykna tylko pojedyncze egzemplarze. Ale dopiero na rzece Sangha zrozumialem powiedzenie "kiedy ludzi kupa i Herkules dupa". No, oczywiscie w odniesieniu do moskitow i czlowieka. Po dwoch godzinach bezskutecznego klepania sie po wszystkich czesciach ciala, zdecydowalem sie na wojne. Poklad pirogi splynal krwia. Doslownie. Szkoda tylko, ze to byla moja krew...

Zmienilem taktyke. Z materialu, ktory kupilem jeszcze w Ouesso na taka wlasnie okazje, zaczalem szyc firanki. Lezac w ciasnym schronieniu na dziobie pirogi, mokry od potu, gryziony przez zastepy tych malych skurczybykow szylem. I szylem... Zajelo mi to kilka godzin. Okolo 1 w nocy zakonczylem prace i ulozylem sie z powrotem do snu.

Okazalo sie, ze firanki wcale nie dzialaja. Bylo niemozliwoscia zatkac wszystkie dziury w moim "hangarze".

Na dodatek gdzies w drzewach nad moja glowa usadowilo sie stado ptaszysk, ktore wydawaly dzwieki podobne do kucia zelaza. Z podobnym natezeniem dzwieku. O snie nie bylo mowy.

Jedyna korzysc z moskitow byla taka, ze przestalem myslec o panterach, sloniach, gorylach, hipopotamach, krokodylach, wezach i wszystkich pozostalych cholerstwach kryjacych sie w mroku.

Hmmm... pomyslalem ... to bedzie chyba najciezsza noc w moim zyciu. Mylilem sie.

Nastepna byla ciezsza.

afryka 2006-08-30 18:48:05
skomentuj (0)
Ouesso - Mossaka

Piroga jaka jest - widac na zdjeciach. Dystans z Ouesso do Mossaka wynosi (wg roznych zrodel) od 500 do 600 km.

Podroz trwala ok 2,5 tyg. z przerwa na 4 dniowe polowanie na bagnach.

Czasami nocowalem w lesie. Czasami nocowalem w campement (osadach), zamieszkalych przez rybakow lub mysliwych.

Najbardziej daly mi w kosc dzikie hordy moskitow (noc) i popieprzone muchy tsetse (dzien). Byly takze 3-3,5 cm gigantyczne muchy. Na szczescie, udalo mi sie uniknac ich ugryzienia (he, he podobno tryska krew).

afryka 2006-08-30 15:46:41
skomentuj (0)
piroga

Na poczatku pomysl poplyniecia samemu piroga w dol rzeki Sangha (z Ouesso do rzeki Kongo) wydawal mi sie zbyt smialy.

Ale zmienilem zdanie. W Ouesso kupilem piroge.

Znajac afrykanskie realia chcialem uzyskac wszelkie mozliwe, wymagane i niewymagane pozwolenia. Bo chociaz chyba zadnemu rybakowi na rzece Sangha przez mysl nawet nie przeszlo rejestrowac swoja piroge, to bialy z pagajem w garsci z reguly przyciaga wiecej uwagi.

Technik, ktory budowal mi piroge zapytal znajomego, pracownika Wydzialu Transportu Rzecznego, czy musze miec jakas zgode. A koles, jak to uslyszal, to az zatarl rece z uciechy: he, to bialy, to kazemy placic... Najpierw certyfikat plywalnosci (45.000 FCFA), potem rejestracja, przyznanie numerow, itd... Wszystko to, kosztowaloby mnie pewnie ze dwa razy wiecej niz piroga.

No to stwierdzilem, ze mam to gdzies. Wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem slonca zapakowalem bagaze, zapakowalem siebie i przeplynalem na druga strone rzeki. Pod oslona wschodzacego dopiero slonca minalem Ouesso i poplynalem w kierunku Mossaka.

afryka 2006-08-30 15:37:19
skomentuj (0)
las

No dobra, las rownikowy wymaga kilku slow komentarza.

Las rownikowy towarzyszyl mi juz od momentu wyjazdu z Yaounde. Zwarta, zielona sciana po obu stronach drogi. Mroczna i tajemnicza. Jechalem w "le car" z nosem przylepionym do szyby i zastanawialem sie, co dzungla skrywa...

Potem podroz piroga z Socambo do Ouesso. To jeden z tych momentow, kiedy czujesz sie, jakbys siedzial w filmie realizowanym przez National Geographic. Oprocz tajemniczego lasu doszla jeszcze tajamnicza rzeka. Bo Sangha jest metna, brazowa. Ani przez chwile nie mozna dojrzec dna. A przez glowe przebiegaja pytania "co sie tam w glebi kryje?"

Do lasu wszedlem po raz pierwszy po powrocie do Kamerunu. Czekalem na ten moment z niecierpliwoscia. Las mnie przyciagal, kusil niewiadoma.

Las jest mroczny, duszny. Nie ma podmuchow wiatru, szelestu lisci. Jest bezruch. I wilgoc. I gaszcz. Gaszcz paproci, krzakow, splatanych lian.

Las jest niegoscinny. Liany rwa koszule, liany rania cialo starajac sie Cie zatrzymac. Niektore liany parza. Inne krwawia po przecieciu maczeta.

Na co patrzec? Na drzewa, gdzie moga skrywac sie jadowite weze? Pod nogi, gdzie moze ich byc jeszcze wiecej? Na boki, zeby dostrzec goryla? Czy bardziej wsluchiwac sie w odglosy? Czy bardziej uwazac na zapachy?

Las odurza. W lesie wszystko jest w nadmiarze. Zapachy, odglosy, muchy, moskity, pszczoly, mrowki, pajaki, dzikie zwierzeta. W nadmiarze jest ilosc niebezpieczenstw czychajacych na bialasa.

Ale to tylko zludzenie. To wrazenie osoby po raz pierwszy wchodzacej do lasu rownikowego. Ilosc bodzcow, ilosc nieznanych roslin i zwierzat, ich fizyczna bliskosc... to przytlacza. Meczy fizycznie i psychicznie.

Las jest goscinny. Las jest jak ocean. Spokojny, piekny i fascynujacy. Ale potrafi tez byc grozny.

afryka 2006-08-30 13:08:07
skomentuj (0)
na skroty

Zostaly mi jeszcze do opisania dwa ostatnie miesiace. Wiec sie troche skroce.

W Ouesso posiedzialem kilka dni. Potem przemiescilem sie piroga do Kabo, z mysla odwiedzenia parku narodowego. Zabila mnie cena pobytu (150 Euro za dzien). Bo jest to park dla turystow z duzym portfelem, ktorzy z Brazza przylatuja samolotem.

W Kabo spedzalem dni popijajac lokalny trunek, zwany toco (wodka z kukurydzy). Popijalem go glownie z komendantem imigracji. Ale w Afryce niewielu zna stara, dobra zasade: "uwazaj, jak pijesz z Polakiem", wiec czesto musialem z powrotem prowadzic komendata "pod ramie".

Po kilku dniach wyrobilem sobie juz chyba odpowiednia opinie, bo jedna z dziewczyn, pragnac mnie poznac, przeslala mi szklanke wybornego toco...

Z parku zrezygnowalem. Chcialem wziac Pigmeja i polazic po lesie poza parkiem. Ale na to tez trzeba miec pozwolenie. I "moze" mozna je otrzymac w Brazza.

Wrocilem do Kamerunu. W Kamerunie spedzilem piec dni w Parku Lobeke. Potem jeszcze z Pigmejem 5 dni w lesie poza parkiem. A potem jeszcze jeden dzien.

No i znowu do Kongo. W Ouesso znowu sciezka zdrowia. O dziwo pojawila sie jeszcze dodatkowa "oplata portowa". Nie zaplacilem.
W imigracji jakis nadgorliwiec, ktorego wczesniej nie widzialem, chcial mi zabrac moja maczete i wojskowy noz - bo nie mozna przewozic broni przez granice. Nie oddalem.

afryka 2006-08-30 12:38:43
skomentuj (0)
posterunek policji

Docieramy na posterunek policji. Jest okolo 20.

Oficer imigracji mowi policjantom, ze maja mnie zatrzymac do rana. I odchodzi.

Czestuje policjantow papierosami.

Zaczynaja sie zastanawiac co ze mna zrobic. W celi jest juz dwoch skazanych. Mordy jak ze zlych snow... Spogladam na jedzenie, ktore dostali... no tak, nawet moje niewybredne podniebienie troche sie zdziwilo...

- Za co cie zatrzymali? - pyta jeden z policjantow

Do glowy przychodzi mi jeszcze jeden pomysl. Postanawiam wlozyc kij w mrowisko...

- Mam wszystkie dokumenty w porzadku. Brakuje mi tylko rezerwacji hotelu. Bylem gotowy zostac w ich areszcie, ale stwierdzili, ze nie chca brac za mnie odpowiedzialnosci...
- ??? Ach tak, imigracja nie chce brac za Ciebie odpowiedzilanosci? I przyprowadzili cie do nas? - komendant wkurzyl sie nie na zarty...

Dalej poszlo juz szybko. Telefon do szefa DST w Ouesso. Po 20 min. skruszony oficer imigracji przyszedl po mnie na posterunek. Wrocilismy do biura imigracji, zaplacilem 5.000 za rejestracje, zabralem bagaz i bylem juz legalnie w Kongu. Dochodzila 22.



afryka 2006-08-29 12:39:33
skomentuj (1)
 
Polska Akcja Humanitarna
Polska Akcja Humanitarna

zdjęcia
Wszystkie zdjecia